Pokazywanie postów oznaczonych etykietą topka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą topka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 listopada 2017

Pięć największych porażek Polsatu w ostatnich latach

Wczoraj został wyemitowany finałowy odcinek Wyspy przetrwania – polsatowskiego przygodowego reality show, przez niektórych określanego pieszczotliwie jako wyspę porażki. Program wygrała Kasia Cebula, ale wiele osób podczas przygód na wyspie Fidżi przegrało. Myślę nie tylko o uczestnikach, którzy odpadli na wcześniejszych etapach rywalizacji. Najgorzej w starciu z tropikalnymi okolicznościami przyrody wypadła prawdopodobnie sama telewizja Polsat zaliczając kolejną wtopę programową.
Nie sposób odnieść wrażenie, że ostatnie ramówki słonecznej stacji zaliczają kolejne przesilenia. Lokomotywy ramówkowe nie potrafią nawet dojechać do pierwszego przystanku na trasie do upodobań widzów. O przegranych się raczej nie mówi, dlatego pięciu największym porażkom poświęcę krótką chwilę w dzisiejszej Topce.

Wyspa przetrwania (2017)

Program zapowiadany jako polska wersja Survivora okazał się wariacją Koh Lanty i to był pierwszy znak, że coś wisi w powietrzu. Jeżeli jednak ktoś liczył na wysoki poziom produkcji, to pierwszy odcinek musiał go wyprowadzić z błędnego myślenia. Pomimo przemontowania oraz... dalszego przemontowania kolejnych epizodów reality show pozostawało przeciętne i takie… polsatowskie. Widzowie także nie wciągnęli się w wir przygody.

Swoje wrażenia opisywałem na blogu dwukrotnie: po pierwszym odcinku oraz po drugim.

Idol (2017)

 To jest ciekawa porażka, bo nic jej nie zwiastowało. Polsat na fali retro postanowił wskrzesić swój najsłynniejszy śpiewany talent show (i pierwszy współczesny, odstawmy na bok Szansę na sukces). Do prowadzenia oddelegowano znakomitego Macieja Rocka, Elżbieta Zapendowska szykowała cięte riposty w jury. Pierwszy epizod także nie był zły, pomijając nijakich uczestników. Z czasem okazało się, że po latach talent show po prostu ciężko kogoś wyszukać do programu i poziom muzyczny nie należał do najwyższych. Sam format był po prostu poprawny, a to jednak trochę za mało.

Surprise, Surprise (2016)

Na papierze format zapowiadał się przyzwoicie. Uczestnicy programu mieli w nim dziękować tym, którzy im pomogli. Oczywiście pomagała im ekipa audycji. Pierwsza emisja pokazała jednak, jak dziwna to produkcja. Poważne wstawki ze wspomnieniami uczestników były przeplatane… rzucaniem piłki na widowni w celu wylosowania szczęśliwca, który otrzymywał nagrodę. Dysonans wywoływał także Stefano Terrazzino i jego niespecjalny polski akcent. Program spadł po pierwszym odcinku (!), zakontraktowaną resztę wyemitowano w wakacje późnym wieczorem (!!!).


SuperDzieciak (2015)

Podczas szczytu popularności drugiej fali talent show (The Voice of Poland, a w szczególności Mali giganci) Polsat także próbował wykroić sobie kawałek telewizyjnego tortu. W jaki sposób? Przygotowując bezpośrednią konkurencję dla TVN-owskiego programu, a co mógł zrobić. I to był chyba pierwszy gwóźdź do trumny. Kolejnymi była: pora nadawania (sobota o 20 – w porze starego ale jarego Mam talent!) i wtórność produkcji. Ot kolejny program, tylko ze śpiewającymi dziećmi. Zalety? Zuzanna Rosa wygrała główną nagrodę i ona chociaż musiała pokazać swoje umiejętności.


Celebrity Splash! (2015)

Program rozrywkowy z gwiazdami. Czy to mogło się nie udać? Jeżeli gwiazdy skaczą do wody na basenie wykonując rożnego rodzaju pozycje podczas skoku (lub próbując wykonać – patrz Adam Kraśko), to kto wie: jest szansa na porażkę. Sam program okazał się nudny i nieciekawy. Krótkie chwile oddawania skoku były przeplatane przydługimi wypowiedziami jurorów i innymi zapychaczami czasu. No i te gwiazdy! Rolnika szukającego żony już przypomniałem, ale to nie jedyna ciekawostka (pamięta ktoś, kim jest Saszan?). Zaleta programu? Nagrywano go w Poznaniu, w Termach Maltańskich, ale nigdy nie wybrałem się na widownię. Nie byłoby się czym chwalić 😂



Tuż przed 25. urodzinami Polsatu nie sposób dostrzec spadku formy w zakresie programów rozrywkowych. Stacja sypie groszem na produkcję, ale zbyt często pudłuje. Oby od wiosny 2018 roku osobom odpowiadającym za ramówkę (i szefowej Ninie Terentiew) poprawiły się nieco rozregulowane celowniki.

Zdjęcia w artykule pochodzą ze strony portalu wirtualnemedia.pl oraz polsat.pl

Życzę wszystkim radosnego i spokojnego świętowania 99. rocznicy odzyskania niepodległości!

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Pięć cech dobrego serialu paradokumentalnego

Seriale paradokumentalne stały się czymś normalnym w ramówkach telewizyjnych. Przywędrowały do nas kilka lat temu z Niemiec i od tego czasu towarzyszą widzom przeróżnych stacji. Gościły nawet w telewizji publicznej. Nadawcy także je pokochali, gdyż za niską cenę produkcji mogą zaoferować odbiorcom nieco fabuły. Zawodowi aktorzy i studio cenią się dużo bardziej od gromady amatorów i wykorzystania zwykłych mieszkań. Są paradokumenty lepsze i gorsze. Jakie są cechy dobrej produkcji?

Interesujące wizualia: scenografie, kadrowanie

Paradokumentom można wiele wybaczyć, ale nie powinny odpychać wyglądem. Nieźle wyglądające i dobrze oświetlone wnętrza, dużo plenerów, niestosowanie w montażu tandetnych filtrów mogą podnieść urodę serialu. Nie sprawią, że "Dlaczego ja?" stanie się "Grą o Tron", ale lubimy ładne rzeczy, prawda?

Historia trzymająca się ziemi

Przygody księży-ojców (takich ojców dzieci, nie zakonnych) czy egzorcystów może i są oryginalne, ale dobry paradokument powinien oferować trzeźwiejszą historię. Praca policjantów czy życie rodziny są dobrym punktem wyjścia. Warto uważać, aby nie wpaść w klisze i np. banalne przygody czterdziestolatków są tą drugą skrajnością, zbyt nudną jak na produkcję telewizyjną.
Źródło: http://www.fakt.pl/kobieta/plotki/paradokument-z-misja-w-telewizyjnej-dwojce/vftmh7h

Fabuła, która potrafi zaskoczyć

Nie mam na myśli badziewnych zwrotów akcji, ale już np. ukazanie wielu punktów widzenia bohaterów danego wydarzenia budzi zainteresowanie. Dużo lepiej ogląda się seriale, w których nie wiemy, jak akcja się zakończy. Oczywiście to tylko paradokument, ale są produkcje radzące sobie z fabułą. Dodatkowe punkty mogą polecieć za brak klasycznego happy endu.

Minimum gry aktorskiej

Amatorzy czy statyści są nieporównywalni z zawodowymi aktorami – to oczywistość. Istnieje jednak pewna granica pomiędzy przeciętną grą a sabotowaniem produkcji. Szczególnie łatwo poślizgnąć się na scenach emocjonalnych, np. płaczu, kłótni. Niestety zdarzają się reakcje irracjonalne, jak np. tłumiony śmiech podczas opłakiwania zawodu miłosnego. To duży błąd i powinien zostać wyłapany.


Brak wszechwiedzącego lektora

Lektor w paradokumentach dopowiada te rzeczy, których – ze względu na długość serialu lub zawiłość fabuły – przeciętny widz może nie wyłapać. Generalnie im go mniej, tym lepiej. Szczególnie potrafi zirytować, jeżeli tłumaczy widoczne reakcje bohaterów. Serio, potrafię po 20 minutach oglądania zrozumieć, że ta kobieta może mieć problem z wybaczeniem zdrady mężowi. Nie muszę o tym słyszeć od wszechwiedzącego tajemniczego głosu.

Seriale paradokumentalne nie są szczytem fabuły czy realizacji, ale przy odrobinie chęci mogą być lekkostrawne, gra aktorska amatorów – do przełknięcia, a historia – nieoperująca na kliszach i wziętych z powietrza zwrotach akcji.